Graham Masterton wraca na salony, a właściwie na mój salon, w którym od czasów mojego dzieciństwa gościł bardzo rzadko.
Tych kilkanaście lat temu był w mojej topce najlepszych autorów horrorów, stając na równi z Kingiem czy Ketchumem. Gdybym topkę miał kształtować dzisiaj na podstawie Szpitala Filomeny, niestety spadłby z podium z mocnym hukiem.
Stary, opuszczony szpital, który lata temu opiekował się weteranami wojny w Afganistanie rannymi w walce, dzisiaj popada w ruinę. Jednak w rękach Lilian, w ciągu najbliższych miesięcy ma się przerodzić w najdroższą i najbardziej luksusową rezydencję.
Z pozoru proste zadanie przeradza się w prawdziwe piekło na skutek niewyjaśnionych zjawisk. Krzyki w salach i na korytarzach, postaci przemykające na końcu korytarza czy sztućce wypadające z szuflady. Wszystko stara się wybić Lilian z głowy jakąkolwiek ingerencję w budynek.
To co z początku bierze za nieudolne próby nastraszenia jej przez okolicznych mieszkańców, okazuje czymś więcej. Czymś co idealnie wpisuje się w stwierdzenie „demony wojny”, z którymi podejmie równą walkę. Walkę na śmierć i życie.
Brzmi rewelacyjnie i z pierwszymi rozdziałami takie właśnie jest, ale im dalej tym gorzej. Emocje opadają, nie ma efektu zaszczucia, lęku i przerażenia. Bohaterowie w mgnieniu oka przyswajają sobie zdarzenia i od tak przestaje to robić na nich wrażenie. Zupełnie jakby mieli z takimi sytuacjami styczność na codzień, jak wprawieni w walce łowcy duchów.
Dodając do tego absurdalne elementy jak noktowizor widzący to czego nie widać, wybuchających ludzi i naprawdę tandetne zwieńczenie historii, dostajemy mocno przeciętny straszak, który nawet nie straszy.
Jeżeli macie chęć na dobry horror od Mastertona to radzę cofnąć się w jego twórczości o te 10-15 lat i sięgnąć coś co naprawdę mrozi krew w żyłach.