Po książkę sięgnąłem na fali emocji po przeczytaniu „Wampirzego Cesarstwa” i.. w sumie dobrze, że zrobiłem to w takiej kolejności. W przeciwnym razie mógłbym nie sięgnąć po pierwszy tom historii Gabriela. „Nibynoc” od pierwszych stron niestety nie urzeka, historia przeplata dwa różne czasy zdarzeń co powoduje lekki chaos, jednocześnie nie fascynując. Ot dostajemy smutną historyjkę dziewczynki, która trafia do szkoły zabójców z wizją zemsty na swoich oprawcach - historia sztampowa, ale możliwa do poprowadzenia w mocny i dosadny sposób. Jak Kristoff robi to jednak lekko, bez przesadnego dramatyzmu przez co zamiast mrocznej historii o zemście i zabójcach dostajemy coś na wzór licealnego melodramatu młodej dziewczyny, która poznaje życie, seks i wątpliwą brutalność świata. Wbrew kilku opiniom, które czytałem, nie ma tu za wiele elementów 18+, oczywiście są 2 lub 3 opisy seksu (spłaszczonego do postaci figli pokazywanych w Trudnych Sprawach) i kilka przekleństw, których w naszych liceach płynie więcej w ciągu jednej lekcji. To po prostu lekka, przyjemna historyjka (pomijając upierdliwie i tandetne momentami przypisu, które wymagają od nas skakania po stronach, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o świecie - mocno nietrafione rozwiązanie) z życia dziewczyny, bez aspiracji do czegoś mocniejszego. Powieść ewidentne nastawiona na nastolatków, nie epatująca brutalnością pomimo licznych opisów scen walki. Sama książka oczywiście nie jest zła, jest po prostu zwykła, sytuację podbudowuje dopiero ostatnie 200 stron, które podkręcają tempo akcji, powodując mimo wszystko chęć sięgnięcia po kolejną cześć i poznania dalszych losów Mii. Sam to zrobię z ciekawością, ale na pewno nie jest to taka ciekawość i taki niedosyt świata jak po „Wampirzym Cesarstwie”.