//update o treść jednego z komentarzy do innej opinii//
Od 2-3 tomów serii autorka tylko przeskakuje po wątkach, skraca te wielce traumatyczne historie antagonistów do 1-2 zdań, które po przeczytaniu znacznie mocniejszych thrillerów nie robią już na czytelniku wrażenia. Natomiast dość mocno zarysowuje się narracja, w której autorka chce zrobić z Balickiej kobietę nie do zajechania, która co chwilę wpada w śmiertelne tarapaty, z których wychodzi obronną ręką, a wszyscy wokół niej albo giną, albo nie radzą sobie z pojedynczymi problemami (patrz postać Jarka czy komendanta) i oczywiście to Olga jak superbohaterów musi ratować ich z opresji.
Podobnie postać Kornela została zepchnięta na drugi tor - postać, która we wcześniejszych tomach kreowała swoją historię, teraz została stłamszona do poziomu opiekunki dziecka (bo Balicka musi jechać ratować świat) czy męża będącego pod pantoflem żony, która krzyknie „Kornel, tydzień bez seksu" i ten przestaje dyskutować i wyrażać swoje zdanie. Olga Balicka zaczyna być kreowana na Lutę Karabinę od Piotrowskiego, a to wcale niejest dobry kierunek.
11 tom przygód komisarz Olgi Balickiej czyta się podobnie jakbym oglądał kolejny odcinek Trudnych Spraw czy jakiegoś serialu policyjnego, ale pokroju Policjantów i Policjantek. Śmieszne perypetie życiowe przecinają się z ludzkimi dramatami, a sprawy prywatne mieszają z podkolorowaną i przesadzoną pracą śledczego, ale tak jak pisałem przy okazji poprzedniego tomu to już pomału zaczyna być nużące.
Ot znowu kolejna kryminalna zagadka, komisarz Balicka na tropie i jak zwykle w niebezpieczeństwie prze do przodu przez w teorii zagmatwane śledztwa, które teraz znacznie szybciej sugerują rozwiązanie zagadki. No, ale zespół śledczych zawsze coś przegapi, nie połączy kropek i zawsze coś się przeciągnie, coś wprowadzi zamieszanie czy drugie dno. Oczywiście to powinno cieszyć, ale nie wiem. Jakoś mam mieszane uczucia - czytam, fajnie się bawię, ale mam wrażenie, że to już nie to samo co na początku przygody z Olgą. Teraz do każdego tomu siada się z przeczuciem, że nawet jak spadnie bomba atomowa to Olga przypadkiem znajdzie się w schronie, przeżyje katastrofę a potem jeszcze na zgliszcza komendy doprowadzi podejrzanego (o ile jej asystenci przeżyją i podsuną jej odpowiednie tropy i nie pokłóci się z mężem..)
A może to po prostu zbytnie zmęczenie? Może wydarzy odłożyć się na jakiś czas i wrócić jak pojawią się kolejne 3-4 tony?