Debiut. Nigdy nie przykładałem do tej kategorii większej uwagi, skupiając się bardziej na pozycjach znanych i lubianych przez czytelników. Powód był prosty - chęć przeczytania czegoś co spełni moje oczekiwania, a nie stawianie na loterię i tytuł, który być może będzie mnie męczył przez kilkaset kolejnych stron. Mimo takich wątpliwości skusiłem się na przeczytanie „Drogi do Wyraju” przez wzgląd na świetną okładkę i przynależność do jednego z dwóch moich ulubionych gatunków - fantastyki. Po 5 dniach czytania, mogę śmiało powiedzieć, że nie żałuję. Książka idealnie wciąga swoją fabułą, historia wąpierza Elgana jest spisana wzorowo przywodząc mi na myśl wspomnienia z czytania sagi Wiedźmina. Wiele razy miałem wrażenie, ze „Droga do Wyraju” to jedna z kolejnych tomów sagi, traktująca o pobocznych postaciach z tego uniwersum, których historia była dla mnie równie interesująca co przygody samego Geralta z Rivii. Sam wstęp do historii Elgana, jego chęć uratowania ciała człowieka, który przez własną nieuwagę poświecił swoje ciało Bogu wciąga od pierwszych stron, a kolejne wątki, nowe postacie (Dorada i Smętek, uwielbiam) i chęć odkrycia przez Elgana swojego własnego ja potęgowały chęć przeczytania jeszcze jednej strony i odkrycia tej historii do końca. Spodziewając się prostej historii wąpierza bardzo miło zaskoczyłem się widząc kolejne przeplatające się ze sobą wątki i nici łączące historie i życie poszczególnych postaci. Efekt wzmaga również odniesienie się do starosłowiańskich nazw demonów i Bogów. Wampir od czasów pewnej sagi i ekranizacji nie brzmi już tak dumnie jak w okresie filmów o Nosferatu, natomiast wąpierz dalej budzi emocje. Czuć w tych nazwach i historii moc, która nie jest splugawiona romantyzmem i historią o miłości wypaczającą prawdziwą naturę demona. Dziękuję za to i liczę na to, że w kolejnych miesiącach i latach będą pojawiały się dalsze części „Drogi do Wyraju”, a sama historia nie zakończy się tak szybko jak przygoda ze Smętkiem, którego polubiłem od pierwszych chwil za jego nieporadność.